Wystąpił błąd w tym gadżecie.

środa, 25 maja 2011

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ ZAGINIONEGO DZIECKA

25 MAJA JEST MIĘDZYNARODOWYM DNIEM ZAGINIONEGO DZIECKA


Tego dnia w całej Europie oraz na świecie organizacje pozarządowe skupione w federacji Missing Children Europe przypominają swych rządom i opinii publicznej o tym poważnym problemie społecznym. Na całym świecie 25 maja to dzień zaginionego dziecka.Jest to także dzień solidarności z cierpiącymi rodzicami, którzy do dziś nie odnaleźli swoich zaginionych dzieci. Koordynatorem działań w Polsce jest ITAKA – Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych.
W Polsce co trzy dni ginie bez wieści dziecko, które nie skończyło siedmiu lat (115 w 2007 roku). Codziennie ginie dwoje dzieci w wieku 7 – 13 lat (805 w 2007). Każdego dnia policja przyjmuje zgłoszenia o 10 zaginionych nastolatkach w wieku 14-17 (3710 w 2007). Większość tych zaginięć wyjaśnia się, ale nie wszystkie szczęśliwie. Po każdym roku kilkadziesiąt spraw pozostaje niewyjaśnionych.
ITAKA – Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych wymienia kilka podstawowych zasad, których przestrzeganie powinno uchronić dziecko przed zaginięciem:
* Do 10 roku życia dziecko nie powinno zostawać samo w domu. Trochę starsze może zostać, ale na krótko. I pod warunkiem, że wie, gdzie są rodzice, zna do nich numer telefonu i potrafi zadzwonić.
* Kiedy ktoś puka do drzwi dziecko nie powinno ich otwierać. Powinno powiedzieć, że mama śpi, a u nas w domu mamy się nie budzi. Proszę przyjść później. Podobnie, gdy dzwoni telefon: mama śpi. Chodzi o to, by dziecko nie zdradziło, że jest samo. Bo jeśli dorosły ma złe intencje, to przedstawi się jako znajomy rodziców (sąsiad, wujek) i z łatwością przekona je, by mu otworzyło.
* Kiedy dziecko wraca ze szkoły i jest zaczepiane przez obcego, który budzi jego niepokój, musi od razu krzyczeć: nie znam tego pana! to nie jest mój tatuś! Powinno umieć krzyczeć głośno i bez skrępowania. Dorośli, kiedy słyszą krzyk dziecka muszą zareagować.
* Dzieci, także nastolatki, nie powinny jeździć tzw. okazjami.
* Dziecko nie powinno nosić koszulki ani tornistra z wydrukowanym imieniem. Kiedy obcy zwróci się do dziecka po imieniu, dziecko pomyśli, że to ktoś znajomy, któremu można ufać.
* Klucz na szyi dziecka, to informacja, że w domu nie ma rodziców.
* W domu, w widocznym miejscu rodzice powinni przykleić kartkę z numerami telefonów do policji, sąsiadów i krewnych.
* Dziecko powinno umieć rozpoznawać sytuacje groźne. Trzeba je tego uczyć nie budząc w nim lęku.






Niestety codzi­en­nie w jakimś miejscu w Polsce i na świecie ginie bez wieści człowiek.
Część zagin­ionych udaje się odnaleźć, część sama wraca do domów, niek­tórzy zaś pozostają nieod­nalezieni do końca życia. W dużej mierze prob­lem zaginięć doty­czy także dzieci.
Jak podaje fun­dacja ITAKA: „w Polsce co trzy dni ginie bez wieści dziecko, które nie skończyło sied­miu lat. Codzi­en­nie ginie dwoje dzieci w wieku 7­–13 lat. Każdego dnia policja przyj­muje zgłoszenia o 10 zagin­ionych nas­to­latkach w wieku 14–17”.
Sol­idaryzu­jąc się z osobami czeka­ją­cymi na odnalezie­nie najbliższych i zwraca­jąc uwagę na skalę zaginięć, 25 maja obchodz­imy Między­nar­o­dowy Dzień Dziecka Zaginionego.
Sym­bolem naszej pamięci o zagin­ionych jest niebieski kwiat, niezapominajka.
Przy okazji tego dnia warto się zas­tanowić, dlaczego w Polsce ginie tak dużo dzieci, a także, co można zro­bić, by zagin­ionych było mniej. Najważniejszymi przy­czy­nami zaginięć są ucieczki, zła opieka nad dzieck­iem i uprowadzenia.
Kilkulet­nie dzieci giną, ponieważ dorośli źle nimi się zaj­mują. Dziecko jest niezwykle ruch­liwe i ciekawe świata, więc nawet chwila nieuwagi opiekuna może się skończyć nieszczęś­ciem. Dziecko jest pon­adto małe – może się łatwo zgu­bić w tłu­mie (np. w cen­trum handlowym).
Jeśli macie młod­sze rodzeństwo, pamię­ta­j­cie, żeby nigdy nie zostaw­iać go bez opieki.
Giną jed­nak nie tylko małe dzieci, lecz także młodzież. Niek­tórzy młodzi ludzie, którzy mają prob­lemy wieku doras­ta­nia, postanaw­iają uciec z domu. Ucieczka staje się wtedy próbą ucieczki od trud­nej rzeczy­wis­tości. Również w tym przy­padku wiele zależy od opiekunów, którzy bardzo często za późno reagują na niepoko­jące syg­nały, nie roz­maw­iają z nas­to­latkami, nie przestrze­gają ich praw.
Kole­jną przy­czyną zaginięć dzieci są por­wa­nia. Aby zmin­i­mal­i­zować ryzyko ich wys­tąpi­enia, należy pamię­tać o nieroz­maw­ia­niu z obcymi (ważne w przy­padku młod­szych dzieci), niepo­dawa­niu danych osobowych obcym ludziom, powiadami­a­niu blis­kich (np. przy­jaciół) o swoim miejscu pobytu. Można także ustalić z rodz­iną pewien znak (może to być np. jakiś charak­terysty­czny wyraz), który infor­mowałby, że znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie.






Kiedy znika dziecko, życie całej rodziny zmienia się w jedną wielką ekspedycję poszukiwawczą. Dzień nie różni się od nocy, godzina od godziny - cały czas to tylko czekanie na powrót. Dzwonek telefonu, szmer pod drzwiami, plotka zasłyszana gdzieś przy piaskownicy, wszystko rozbudza nadzieję. Ale ona po chwili brutalnie gaśnie. I tak może zostać już do końca życia. Od kilkunastu dni taki dramat przeżywa rodzina 8-letniego Mateusza z Rybnika. Chłopiec wyszedł na sanki i nie wrócił. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Podobnie jak kilkanaścioro innych dzieci, które w ciągu ostatnich lat zaginęły w Polsce: 13-letnia Iwonka Wąsik, 11-letnia Basia Majchrzak, 4-letni Kuba Jaworski, 9-letnia Sylwia Iszczyłowicz czy 10-letnia Ania Jałowiczor. Porwania? Morderstwa? Gdzie szukać zaginionych i jak tłumaczyć sobie te wszystkie tragedie?
- Hipotezy o ucieczce z domu i nieszczęśliwym wypadku zostały zweryfikowane negatywnie - mówi policyjnym żargonem oficer sekcji poszukiwań Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach. Podobnie było w przypadku Basi, Sylwii,
Kuby i innych zaginionych na Śląsku dzieci. A to oznacza jedno - w zaginięcie musi być zamieszana jakaś dorosła osoba. Ktoś musiał je porwać.
Wszystkie te przypadki są do siebie podobne: dzieci zaginęły w okresie jesienno-zimowym, co niemal do zera eliminuje ewentualność ucieczki z domu. Pochodziły z niezbyt zamożnych, wielodzietnych, ale porządnych rodzin. Za duże, abyzostały uprowadzone do adopcji - choćby dlatego, że umieją mówić, mogą więc ściągnąć na porywacza kłopoty. Nieoficjalnie policjanci stawiają hipotezę, że mogły zostać uprowadzone i zamordowane przez jakiegoś pedofila, wywiezione za granicę, sprzedane "na narządy". I że za każdym z tych przypadków może stać ta sama osoba. Śląsk i Zagłębie miały już w latach 70. swojego wampira Marchwickiego, teraz mógł się pojawić kolejny. Jednak nie ma żadnych, najmniejszych dowodów potwierdzających tę wersję. Tak jak nie ma dzieci - ani ich ciał.
Sprawę zaginięcia Mateusza bada specjalnie utworzony zespół sześciu policjantów. Minął okres pierwszej gorączki, teraz to już czysto operacyjna praca:
rozpytywanie ludzi, sprawdzanie napływających informacji. Jeśli chłopiec nie znajdzie się w ciągu najbliższych tygodni, zespół zostanie rozwiązany. Jednak poszukiwania potrwają do czasu, aż dziecko skończy (skończyłoby, gdyby żyło?) 23 lata.
Ale to oficjalnie. Bo co można zrobić? Policjanci, w których szafkach leżą akta zaginionych dzieci, próbują dopasować dawne sprawy do nowych. Może pojawi się jakiś trop. Ale czas mija, ślad robi się coraz zimniejszy, a życie toczy się dalej. Tylko rodzice nie chcą zrezygnować. Choć z czasem i oni tracą nadzieję.
Z mamą zaginionej Sylwii Iszczyłowicz pierwszy raz spotkałam się w 1999 roku, kilka dni po zaginięciu jej córki. Była, jak dziś matka Mateusza, potwornie zmęczona, zrozpaczona, ale pełna wiary. Potem z dnia na dzień ta wiara z niej uchodziła - dostawała coraz mniej informacji o toczącym się śledztwie, z czasem przestali dzwonić nawet proponujący swoje usługi jasnowidze i prywatni detektywi, dziennikarze nie prosili już o udzielenie kolejnego wywiadu. Pustka, nie wiadomo, co robić. Drugi raz rozmawiałyśmy po roku od zniknięcia jej córki. - Zrobiłam wszystko, co mogłam. I uświadomiłam sobie, że to już koniec, że nie ma już żadnych punktów zaczepienia - powiedziała mi wtedy.
Psycholog Joanna Heidtman mówi, że to moment krytyczny: dopóki działamy, mimo stresu i zmęczenia utrzymujemy psychiczną równowagę. Potem mobilizacja i stres wciąż są wysokie, ale już nie możemy nic konstruktywnego zrobić.
Jesteśmy bezsilni. - Słyszałam już wszystko: że ją zgwałcili, dusili, sprzedali na narządy. Usłyszałam rzeczy, które mogą zabić każdą matkę - opowiadała Ewa Iszczyłowicz.
Wciąż zadaje sobie pytanie: dlaczego spotkało to właśnie ją, komu zawiniła. Marzy, że Sylwia któregoś dnia zapuka do drzwi domu, że opowie, co się stało. Cuda się przecież zdarzają. - Żyję jak roślina - przyznała wreszcie i zaczęła płakać. - Nie potrafię się już śmiać ani cieszyć. Nie potrafię odpoczywać. To życie w ciągłym napięciu, oczekiwaniu, w ciągłej niepewności.Była w programie "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", o Sylwii opowiadał Michał Fajbusiewicz. Ona sama wyłapuje w telewizji wszystkie informacje o zaginionych, czyta gazety. Zna doskonale sprawę Basi Majchrzak z Jastrzębia Zdroju. Chłonie wszystko. Bo a nuż porywacz, nigdy nie wątpiła, że jej małą ktoś porwał, odezwie się do niej?
Nadzieja budzi się, to straszne, ale właśnie wtedy, kiedy znika kolejne dziecko. Tak jak teraz Mateusz. Wtedy media przypominają niewyjaśnione sprawy sprzed lat i pokazują twarze zaginionych dzieci. Poza tymi dramatycznymi momentami zdjęcie Sylwii, Basi, Ani Jałowiczor i Iwony Wąsik można zobaczyć jedynie na internetowych stronach fundacji Itaka, jedynej organizacji w Polsce zajmującej się poszukiwaniem osób zaginionych. Tylko tam mało kto je ogląda.
W Stanach Zjednoczonych zaginionymi dziećmi i ich poszukiwaniem zajmuje się specjalna organizacja Narodowe Centrum do spraw Zaginionych i Wykorzystywanych Dzieci (NCMEC), założone w 1984 r. przez Johna i Reve Walsh, których syn Adam zaginął w 1981 r. Wcześniej przez trzy lata w równie tajemniczych okolicznościach zaginęło 28 innych dzieci. Sprawa przez tygodnie nie schodziła z okładek największych dzienników. To zmobilizowało do działań Kongres, który dofinansowuje centrum.
Dziś partnerami tego centrum jest 360 organizacji, a metody poszukiwania zaginionych dzieci są coraz bardziej oryginalne, ale dzięki temu skuteczne. Ich zdjęcia umieszczane są np. na kartonach mleka. Drukowane są też pocztówki z wizerunkami dzieci. Co tydzień do amerykańskich domostw wysyła się pocztą aż 79 milionów takich kartek - udaje się odnaleźć co szóstego zaginionego. Zdjęcia zawieszane są również na ścianach największej w USA sieci hipermarketów Wal-Mart. A w maju tego roku pojawi się nawet 39-centowy znaczek pocztowy poświęcony zaginięciom. Sama internetowa strona NCMEC (www.missingkids. com) notuje 2,8 mln wejść dziennie.
W Wielkiej Brytanii - podobnie jak w USA i 15 innych krajach - działa strona www.missingkids.co.uk (zaginione dzieci), na której są zdjęcia i informacje o zaginionych. Łącznie są tam dane trzech tysięcy dzieci. Stosuje się na nich komputerowe techniki aktualizujące wygląd dziecka zmieniający się wraz z upływem czasu. Także na niemieckiej stronie www.vermisste-kinder.de umieszcza się uaktualniane komputerowo portrety zaginionych (dzięki tej stronie udało się odnaleźć 41 dzieci).Polskiej fundacji Itaka (www.itaka.org.pl) nie stać na taki program komputerowy. Wciąż szuka sponsora, który opłaciłby zakup sprzętu i katalogowanie fotografii. Taki program byłby szansą, bo wraz z upływem lat nawet rodzice nie są w stanie powiedzieć, jak teraz może wyglądać ich dziecko. I chyba to jest w tym wszystkim najgorsze.
- Już lepiej wiedzieć, że dziecko nie żyje, a potem przeżyć żałobę, niż do końca dni żyć w niepewności - mówi Joanna Heidtman. Psycholodzy opisują żałobę jako "ścieżkę do przyszłości". Bo trudno zacząć nowe życie, nie rozliczając się ze starym. I choć po każdej stracie dziecka trudno żyć, to po takiej sypie się wszystko.Z Małgorzatą Majchrzak, mamą zaginionej przed sześciu laty Basi, rozmawiałam w ostatni piątek. Wciąż ma w domu ołtarzyk poświęcony córce: zdjęcia "Kręciołka" (Basia ma burzę blond loków na głowie), jej ukochane zabawki, książki, pamiętnik. Ale stara się nie spędzać przy nim zbyt wiele czasu. Zdaje sobie sprawę, że inaczej zatraciłaby się, a razem z nią wszyscy jej bliscy.
Tak było przez pierwszy rok po zniknięciu córki. Nie spała, nie jadła, łykała tylko proszki od bólu głowy, piła hektolitry kawy i wypalała dwie paczki papierosów dziennie. Ocknęła się, kiedy zauważyła, że zostawiła samym sobie trójkę pozostałych dzieci. Nie dość, że tęskniły za zaginioną siostrą, to jeszcze ona, matka, je opuściła. Dziewięcioletnia siostra Basi przestała mówić, jej starszy brat stał się agresywny. - Szukając Basi, zaniedbałam te dzieci, które mi zostały - opowiada Małgorzata Majchrzak. - Poszliśmy wszyscy na terapię do psychologa.
Ale Basia nie zniknęła z jej życia. Wciąż mówi o niej per mała, a potem łapie się na tym, że Basia miałaby dziś już siedemnaście lat. Biegnie na łeb, na szyję, kiedy dzwoni telefon. Zaginione dzieci w tajemniczy sposób zostają wirtualnymi członkami swoich rodzin. Nie można ich pochować, więc jest tak, jakby wciąż żyły, lecz za jakimś murem. - Ani przez chwilę nie zwątpiłam, że ona żyje - Małgorzacie Majchrzak łamie się głos. - Na pewno gdzieś tam jest, tylko my nie jesteśmy w stanie przeczesać całego świata.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujemy za komentarz. Włączona jest jego moderacja.Po akceptacji zostanie zamieszczony.