Wystąpił błąd w tym gadżecie.

niedziela, 6 stycznia 2013

Ojciec czekał nadaremnie- zaginęły bez śladu

Niewyjaśnione zbrodnie. Po imprezie pod miastem znikają dwie 17-latki. Później – część świadków. Wszyscy bez śladu


Jeśli w nocy z 6 na 7 sierpnia 2000 r. doszło do zbrodni, to jej wyjaśnianie zawalono na samym początku, nie dociskając przesłuchiwanych świadków – uważa oficer znający kulisy sprawy. Dziś policjanci, którym zaginięcie przed laty dwóch nastolatek wciąż nie daje spokoju, mogą liczyć przy jego wyjaśnianiu już chyba tylko na przypadek.
Impreza w Wołominie
Gdyby Anna Krupa i Marta Szczytowska żyły, kończyłyby w tym roku 30 lat. Od feralnej nocy nigdy nie natrafiono na żaden ich ślad. – Z upływem każdego dnia rozwikłać zagadkę ich zaginięcia będzie coraz trudniej – przyznaje jeden z wołomińskich policjantów. – Wiele wskazuje na to, że dziewczyny od dawna nie żyją, ale nigdy nie trafiliśmy na dowód potwierdzający tę tezę.
Zdaniem śledczych, aby zrozumieć, co się z nimi stało, trzeba się cofnąć do 1999 r. Wtedy uczennice żoliborskiego liceum wyjechały na wycieczkę do Hiszpanii, gdzie poznały Marcina, chłopaka z podwarszawskiego Radzymina. Wkrótce Marcin został chłopakiem Marty.
W niedzielę 6 sierpnia 2000 r. dziewczęta – wówczas 17-letnie – były z rodzicami na działce w Białobrzegach niedaleko stolicy. W tym samym dniu w Radzyminie odbywał się odpust. Na prośbę dziewcząt ojciec jednej z nich podrzucił je samochodem pod kościół w Radzyminie. Umówili się, że odbierze je o godz. 22.
Marcin przyjechał na odpust swoim czerwonym fiatem 125p. Następnie wraz z Anią i Martą pojechali do jego kolegi pod Wołomin. Gdy rozmawiali na podwórku, przed domem zatrzymał się samochód z trzema chłopakami w wieku 21 lat (dwaj byli związani z miejscowym światem przestępczym).
Jeden z przyjezdnych zaprosił wszystkich do siebie na imprezę. Jak zeznali potem świadkowie, tego wieczoru większość uczestników imprezy piła alkohol, a to nie podobało się Ani i Marcie. Zresztą gospodarz zorientował się, że gdy wróci jego konkubina, może dojść do awantury, więc zaproponował przeniesienie zabawy do mieszkania jego siostry w Wołominie. Tam jednak impreza już się nie kleiła, bo pomiędzy biesiadnikami wybuchła sprzeczka.
Dziewczęta chciały wrócić do domu. Nie były jednak w Radzyminie, skąd miał je odebrać ojciec, ale w Wołominie. Zgodziły się, aby mężczyźni odwieźli je do Warszawy, na Dworzec Wileński.
Do granatowego fiata 125p oprócz nich wsiadł kolega Marcina – ten, z którym rozmawiały na podwórku – i dwóch 21-latków, którzy przyjechali tym samochodem, wśród nich organizator imprezy. Do Warszawy, jak ustaliła policja, dziewczyny nigdy nie dojechały. Po drodze miały się przesiąść do ciemnego daewoo espero. Razem z nimi wsiadło dwóch mężczyzn z fiata. Dokąd pojechali? Nigdy nie ustalono. Tu ślad się urwał.
O godzinie 22 do Radzymina przyjechał ojciec jednej z dziewcząt. Czekał na nie długo, bezskutecznie. Próbował skontaktować się z córką, jednak jej komórka była wyłączona. Gdy rano dziewczęta nadal nie dawały znaku życia, rodzice o ich zaginięciu zawiadomili policję.

Może któryś by pękł
Funkcjonariusze potraktowali sprawę bardzo poważnie, komendant wojewódzki w Radomiu powołał specjalną grupę. W poszukiwaniach brali udział policjanci radzymińscy, wołomińscy, legionowscy, a także z Radomia i Płocka.
Policjanci przeszukali tereny wokół Radzymina, szczególną uwagę zwracając na działki rekreacyjne. Przesłuchali młodych mężczyzn, w towarzystwie których były nastolatki tuż przed tragicznym zaginięciem. Zeznali, że odwieźli Annę i Martę na Dworzec Wileński. Tam dziewczęta miały odłączyć się od nich i wsiąść do samochodu, w którym siedziało trzech nieznanych im mężczyzn.
W zeznaniach były nieścisłości. Policja ustaliła bowiem, że telefon Anny po raz ostatni logował się do stacji telefonii komórkowej na trasie Wołomin – Białobrzegi, w pobliżu jednostki wojskowej. Później przestał działać. Moment logowania się do stacji nie zgadza się z zeznaniami mężczyzn, którzy twierdzili, że jechali wtedy z dziewczynami do Warszawy.
Policji do dzisiaj nie udało się udowodnić, że przesłuchiwani wtedy mężczyźni zrobili coś złego Ani i Marcie. – Żaden z nich nigdy nie usłyszał zarzutów. Może nie przesłuchano ich zbyt dokładnie? – pyta jeden z  oficerów zaangażowany w sprawę.

Matki apelują
Na początku policja brała pod uwagę pięć wersji śledczych: ucieczkę z domu, porwanie do sekty, porwanie do seksbiznesu, wyjazd za granicę oraz zabójstwo.
Rodzice zaginionych od razu odrzucili sugestię, by córki bez powiadomienia bliskich ruszyły w podróż po Polsce, a tym bardziej za granicę. Ich zdaniem dziewczyny były zbyt odpowiedzialne, a poza tym obie poważnie chorowały – jedna na astmę, druga na toczeń rumieniowaty.
Musiały stale brać lekarstwa, a w chwili zaginięcia nie miały przy sobie zapasu tabletek. Bez nich w dalszą podróż raczej by nie ruszyły.
Matki Ani i Marty wystąpiły w programie telewizyjnym, emitowanym na żywo z Radzymina. Zrozpaczone mówiły o zagrożeniu życia córek, jeśli nie będą brały systematycznie lekarstw. Zaapelowały do ewentualnych porywaczy o ich uwolnienie.
Czy pomoże im przypadek?
W kilka lat po zaginięciu dziewczyn do ich rodziców nadeszła wiadomość z Holandii, że na jednej ze stacji benzynowych kamery zarejestrowały pobyt dziewczyny bardzo podobnej do Ani. Rodzice natychmiast pojechali do Holandii. Właściciel stacji opowiedział im o dziwnym zachowaniu tej dziewczyny i jej reakcji na plakat ze zdjęciami obu zaginionych wiszący na stacji. Nie przybliżyło to jednak śledczych do rozwiązania zagadki.
Ale policjanci wciąż nie rezygnują z wyjaśnienia tej sprawy.
– Sprawdzamy wszystkie zwłoki ludzkie o nieustalonej tożsamości, które wykryto na terenie Polski. Porównujemy je ze śladami DNA zaginionych. Jesteśmy też w stałym kontakcie z fundacją Itaka i Interpolem – mówi nam policjant z Wołomina.
Zaginione dzieci, już po ukończeniu 18. roku życia, są poszukiwane przez kolejnych 10 lat. Dodatkowo przez następne 25 lat znajdują się w policyjnych bazach.
Ani i Marty poszukuje także fundacja Itaka. – W naszej bazie znajdują się 1232 aktywne sprawy, w tym 372 osób, które zaginęły 10 lub więcej lat temu. Bywało, że rozwiązywaliśmy sprawę zaginięcia nawet po 15 latach – informuje Aleksander Zabłocki z Itaki.
Zdaniem policjantów w tej sprawie może pomóc przypadek. – Może któryś ze świadków lub sprawców zacznie z nami współpracować, a może ktoś zupełnie inny trafi na ślad kobiet  – mówi oficer wołomińskiej policji.
Jednocześnie dodaje, że to może być trudne, bo zniknęło dwóch ważnych świadków. Pierwszy z nich to uczestnik imprezy w Wołominie, powiązany z lokalnym światkiem przestępczym. Zniknął ponad 10 lat temu. – Podejrzewamy, że został zamordowany, jednak zwłok nie odnaleziono do dziś – mówi policjant. – Drugi świadek też zapadł się pod ziemię. Chcieliśmy nawet wystąpić do sądu o uznanie go za zmarłego, ale rodzina się nie zgodziła – dodaje.

http://www.rp.pl/artykul/458477,925656-Ojciec-czekal-nadaremnie.html?p=2

1 komentarz:

Dziękujemy za komentarz. Włączona jest jego moderacja.Po akceptacji zostanie zamieszczony.